Schedule a Visit

Nulla vehicula fermentum nulla, a lobortis nisl vestibulum vel. Phasellus eget velit at.

Call us:
1-800-123-4567

Send an email:
[email protected]

Depresja jako choroba cywilizacyjna

5 miesięcy temu · · Możliwość komentowania Depresja jako choroba cywilizacyjna została wyłączona

Depresja jako choroba cywilizacyjna

Temat zdrowia psychicznego pojawia się w polskiej debacie publicznej od czasu do czasu, ale nie sposób pozbyć się wrażenia, że pewna stygmatyzacja osób chorych psychicznie nadal istnieje w świadomości polskiego narodu. Pewien wpływ na taki stan rzeczy mogła mieć trudna historia naszego kraju – okres komunizmu zupełnie nie sprzyjał zaufaniu do instytucji i zawodów zaufania publicznego, a Polacy starali się konsekwentnie zduszać wszelkie problemy w samych sobie i przechodzić z nimi do porządku dziennego, co jednak rzadko kiedy udawało się bez efektów ubocznych w postaci uzależnień i innego rodzaju zaburzeń. Takie podejście do zdrowia psychicznego pokutuje w dzisiejszych czasach, kiedy na przykład publiczna psychiatria dziecięca jest rażąco niedofinansowana i nikt nie widzi problemu w tym, że rodzice muszą jechać z dziećmi do innego województwa, by uzyskać jakąkolwiek pomoc od specjalisty. Zdecydowanie nie zmienia to jednak faktu, że depresja została określona mianem choroby cywilizacyjnej, a to oznacza przede wszystkim to, że pomimo ogólnej tendencji do unikania terapii i radzenia sobie ze swoimi problemami na własną rękę, codziennie mijamy na ulicach całe mnóstwo osób dotkniętych tą przypadłością. W jaki sposób możemy tę chorobę zdiagnozować i efektywnie leczyć?

Depresja jako „choroba duszy”

Niektórzy patrzą na depresję w sposób bardzo romantyczny i jawnie odrealniony – mówią o tym, że jest ona „chorobą duszy”, fetyszyzują odczuwany smutek i starają się trwać w przekonaniu, że jest ona wręcz stanem błogosławionym dla osób o zapędach artystycznych. Prawda jest natomiast taka, że taką narrację możemy zbudować również wokół kataru albo zatwardzenia i będzie miała ona równie wiele wspólnego z tymi wszystkimi epitetami. U ścisłych podstaw depresja jest bowiem fizyczną, namacalną zmianą ścieżek neuronowych w naszym mózgu, za którą odpowiada zaburzenie odbywających się w nim reakcji chemicznych. Traumatyczne doświadczenia, upośledzenie układu nagrody lub przewlekłe poczucie braku sensu powoduje, że nasz mózg przestaje produkować hormony szczęścia w adekwatnej ilości i owocuje to takimi symptomami jak chociażby przewlekłe poczucie ogromnego zmęczenia, zniechęcenie, brak zainteresowania dawnymi pasjami, niemożność zorganizowania się, chęć przebywania w osamotnieniu, a w tych najbardziej radykalnych przypadkach także autoagresja i próby samobójcze.
Depresja ma także to do siebie, że jest chorobą bardzo niepozorną, której pierwsze objawy łatwo jest zbagatelizować i stwierdzić, że kilka dni obniżonego bez większego powodu nastroju to jeszcze nic takiego. Jeśli tylko podejrzewamy u siebie depresję, natychmiast powinniśmy skonsultować nasze podejrzenia z psychologiem, który zrobi nam rzetelny wywiad i potwierdzi lub zdementuje nasze podejrzenia. Szybkość reakcji jest przy tym bardzo ważna, ponieważ trudność rekonwalescencji w wielkim stopniu zależy przede wszystkim od tego, jakie zmiany zostaną dokonane w naszym mózgu – im więcej ich będzie i im bardziej się utrwalą, tym trudniej będzie je odwrócić.

Psycholog, psychiatra, psychoterapeuta

Część osób może mieć dosyć duży problem z rozróżnieniem, do jakiego specjalisty należy się udać, podejrzewając u siebie depresję. Nazwy „psycholog” i „psychiatra” są używane zamiennie i to w sposób nagminny, a „terapeuta” jest dla zdecydowanej większości synonimem psychologa. Należy więc jasno zaznaczyć, że wszystkie te trzy zawody mają zupełnie różne przeznaczenie i służą pacjentom w inny sposób. Psycholog jest specjalistą pierwszego kontaktu, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne – to do niego powinniśmy się udać, kiedy podejrzewamy u siebie jakieś zaburzenia psychiczne i chcielibyśmy się w tej kwestii upewnić. Nacisk należy tu położyć na słowo „specjalistą”, a nie lekarzem – psycholog kończy pięcioletnie, psychologiczne studia magisterskie i w żadnym wypadku nie jest lekarzem medycyny.
Inaczej jest z psychiatrą, który kończy studia medyczne, a psychiatria jest dla niego specjalizacją. Taki lekarz, podczas procesu swojej edukacji, otrzymuje bardzo specjalistyczną wiedzę przede wszystkim z zakresu farmakoterapii. Jego rolą nie jest terapia stricte – przychodzimy do niego po to, by na podstawie objawów różnorakich zaburzeń mógł on wypisać nam receptę, która ma szansę nam faktycznie pomóc. Leki nie są jednak niezbędne, a na podstawie objawów psychiatra może nas równie dobrze odesłać do terapeuty. Psychoterapeuta jest ekspertem od terapii behawioralnej, w ramach której pomaga on pacjentowi zrozumieć naturę swojego depresyjnego, negatywnego stanu, dostrzec mechanizmy rządzące jego zachowaniem i pomóc wyprowadzić się z powrotem na prostą. Optymalnym rozwiązaniem jest zazwyczaj korzystanie z pomocy psychiatry i psychoterapeuty jednocześnie – wtedy efekty przychodzą najszybciej, ponieważ nie wplątujemy się w sytuacje zwiększające odczuwany smutek i ból, a przy tym pomagamy naszemu mózgowi w produkcji odpowiednich hormonów poprzez stymulację lekami. Najważniejsze jest jednak to, żeby w ogóle sięgnąć po pomoc ze strony specjalisty – przełamanie się jest zawsze największym wyzwaniem, a wszystko to, co potem, będzie już znacznie mniejszym wysiłkiem dla naszej psychiki.

„Chce Pan o tym porozmawiać…?” O zjawisku psychiatryzacji tradycji chrześcijańskiej.

5 miesięcy temu · · Możliwość komentowania „Chce Pan o tym porozmawiać…?” O zjawisku psychiatryzacji tradycji chrześcijańskiej. została wyłączona

„Chce Pan o tym porozmawiać…?” O zjawisku psychiatryzacji tradycji chrześcijańskiej.

Celem artykułu jest wskazanie, że zarówno psychologia, szczególnie „naukowa”, „akademicka” z jej racjonalizmem poznawczym oraz empiryzmem metodologicznym, jak i psychiatria będąca najwyższą dziedziną medycyny, czyli nauki o organizmie ludzkim i ciele człowieka, sprowadziły niemal do parteru w ciągu XX wieku wszelkie „fantastyczne” przeżycia ludzkie, sięgające pytań ostatecznych i egzystencjalnych. Mówiąc prościej: nie mam zamiaru negować zarówno faktu, że obie nauki niesamowicie wiele zrobiły, aby pomóc rzeczywiście rzeszom cierpiących nerwowo i psychicznie, do której przez długi okres mojego życia się zaliczałem. Nie neguję, że psychologia wraz z psychoterapią, nawet 'freudowską' (która opiera się zasadniczo na tradycji negacji faktu istnienia „duszy nieśmiertelnej”) oraz psychiatria z metodami fizycznymi i biologicznymi (leki, terapia wstrząsowa, operacje neurochirurgiczne) wspaniale radzą sobie z doczesną częścią ludzkiej psyche; ignorowanie przeżyć duchowych może wynikać z faktu, że jak mi powiedział wprost lekarz – „my nie leczymy duszy”. W domyśle – „my leczymy nerwy”. Może istnieje potrzeba rozgraniczania obu porządków: neurologicznopsychiatryczny i psychologiczny dotyczy „normalnych”, codziennych przeżyć człowieka od poczęcia do śmierci. Jednak rzecz jest w czym innym.
Albowiem czym innym jest sytuacja, kiedy lekarz, powiedzmy neurolog, mówi: „leki pana wyleczyły, na ile mogły; swoje zrobiliśmy. W sprawach duszy proszę się kontaktować z teologiem, filozofem czy kapłanem, a nawet specjalnie przygotowanymi osobami do posługi egzorcystycznej”; a czym innym, kiedy psychiatra wprost neguje treści wiary chorego i mówi, że człowiek to tylko geny, chemia i układ nerwowy. Ta jaskrawość obrazu celowo została tu ukazana. Ostatecznie cała psychiatria stanąć musi przed dylematem: czy wszystkie przeżycia chorobowe i normalne można tłumaczyć w sposób naturalny czy istnieją rzadkie, ale nieraz spektakularne zjawiska z innego porządku bytowego i epistemicznego, wobec których mądry lekarz przyjmie przynajmniej postawę „możliwe najbardziej życzliwego stanowiska wobec omawianych spraw”. Tej dobrej woli zdaje się brakować szczególnie w szpitalach dla nerwowo chorych, gdzie lekarze wyznają i kierują się paradygmatem ściśle materialistycznego obrazu kondycji ludzkiej, jako rzekomo zawieszonej między dwiema nicościami. Jakże ubogi ten obraz! I jak smutny, gdyby był prawdziwy.

Na szczęście jak zwykle okazuje się, że kondycja ludzka pełna jest tajemnic i nie da się sprowadzić do warunków materialnych, środowiskowych, a nawet psychologicznych czy osobowościowych. Psychiatryzacja jest jednak faktem. Będąc niejeden raz na hospitalizacji, miałem okazję próbować zagadnąć o kwestie, umownie mówiąc, „pozagrobowe”. Prawie żaden lekarz nie był kompetentny: z tym proszę do swego spowiednika. I dobrze, że tak mówili. Inni pacjenci jednak napotykali nie tylko na zwykłą „spychologię”, ale wręcz zachęcani byli do porzucenia „fantastyki religijnej”, a w najlepszym razie – do traktowania udziału w Eucharystii czy liturgii jako „ciekawego obyczaju z punktu widzenia teorii kultury”. I nic ponadto.
Nic dziwnego, że dość szybko zdałem sobie sprawę, że zarówno stosowane leki, obecnie na skalę masową, jak i powstające wciąż „terapie świeckie”, i to coraz częściej spoza nurtu akademickiego (co niekiedy bywa jeszcze gorsze od klasycznych terapii, które przynajmniej nie szkodzą), nie dadzą mi pełnego zdrowia ani tym bardziej nie rozwiną duchowo. Jednak zanim to zrozumiałem minęło wiele lat szamotania się między lekami, terapią i spowiedzią oraz egzorcyzmami, które wydawały mi się sprzeczne. One się uzupełniają, ale pod warunkiem, że nie negujemy z góry żadnej z nich: jeden potrzebuje leków, inny tylko dobrej spowiedzi generalnej, inni potrzebują terapii czy porady, a ktoś może modlitwy uwolnienia, czy ostatecznie egzorcyzmu. Ale. …

Ale tak się dzieje tylko, jeśli psychiatra nie będzie z góry zakładał, że człowiek to tylko hormony, i w zasadzie „nic więcej”; z drugiej strony mądry kapłan, widząc, że penitent jest ewidentnie w kiepskim stanie, wypowiada dziwne treści, a może ma myśli samobójcze, też nie poprzestanie na sakramencie pojednania, tylko wręcz skieruje penitenta na konsultację do psychologa, który w razie stwierdzenia, że przeżycia są normalne uspokoi penitenta, a w razie stwierdzenia zaburzenia, skieruje na terapię. W skrajnych wypadkach, psycholog, jak również spowiednik, powinni skierować do ambulatorium, a jeśli ktoś wydaje się sobie lub innym zagrażać – wezwie pogotowie. To oczywiście jest tak rzadka sytuacja, że tylko teoretyczna, ale zawsze trzeba mieć na uwadze, że zarówno spowiednik, jak i świeccy pracownicy pracują z ludzką psychiką, a kapłan – z duszą, dającą życie wieczne. Jest to tak delikatna materia, że nic dziwnego, że coraz częściej księża kończą kursy psychoterapeutyczne, studiują psychologię, a na Zachodzie nawet medycynę. Niemniej trzeba mieć na uwadze, że czasem panuje tu taki chaos, że trudno rozróżnić, co jest najbardziej potrzebne: jeśli przeżycia kogoś wydają się bardzo niepokojące, panuje zasada, że najpierw leczymy i chronimy życie fizyczne człowieka, podobnie jak w wypadkach drogowych, a potem wieńczymy cały proces leczenia terapiami chrześcijańskimi, spośród których spowiedź, zwłaszcza regularna, częsta i u stałego spowiednika góruje nieraz znacznie nad niekiedy bardzo efektownymi, ale mało efektywnymi praktykami egzorcystycznymi.
Psychiatria i psychologia, a także inne dziedziny humanistyki i nauk społecznych bardzo pomagają człowiekowi; ale nie dadzą nikomu głębszego spokoju i na dłuższą metę, nie mówiąc o celu życia każdego człowieka – szczęściu wiecznemu z Bogiem. Należy zatem sprzeciwić się sprowadzaniu wszystkich przeżyć zarówno normalnych, jak i „fantastycznych” do jednego worka z napisem „omamy i urojenia”, bo to okropne uproszczenie tak skomplikowanej materii, jaką stanowi podmiotowość osoby i godność ludzka. Przypomnę na koniec taki kawał, smutny, ale oddający w pełni opisane krótko zjawisko „psychiatryzacji religii i wiary”, nie tylko naszej: „Kiedy mówisz do Boga, nazywają to modlitwą. Kiedy Bóg mówi do Ciebie – nazywają to schizofrenią”. Myślę, że w tym miejscu zakończymy bez dalszego komentarza, podkreślając, że wszystko ostatecznie ma swój sens i że naukę tworzą ludzie omylni, więc trudno wymagać od lekarzy, że byli jeszcze specjalistami z zakresu teologii życia wewnętrznego. Ale nie powinni negować ani faktu, że ktoś w ogóle wierzy, ani – tym więcej – istotnych treści wiary swoich beneficjentów, a tak się dzieje wciąż jeszcze w dawnym, przypominającym „jedynie słuszny, naukowy pogląd na świat, stylu w wielkich szpitalach dla cierpiących nerwowo i psychicznie. Ktoś przecież powiedział, że „wszechświat ma się tak do duszy, jak kropla do oceanu”. Duszy ludzkiej zważyć, ani zmierzyć – na szczęście – się nie da.

Choroba duszy, czyli fałszywe obrazy depresji

5 miesięcy temu · · Możliwość komentowania Choroba duszy, czyli fałszywe obrazy depresji została wyłączona

Choroba duszy, czyli fałszywe obrazy depresji

Świadomość konieczności pielęgnowania swojego zdrowia psychicznego metodycznie zyskuje w Polsce na popularności, ale w naszym kraju nadal w ogromnej mierze pokutuje mit samodzielnego stawiania czoła swoim problemom jako prymatu męskości i niezależności, którego zasadnym nie sposób było określić nawet tych kilkadziesiąt lat temu, nie mówiąc już o czasach współczesnych. Pod pewnymi względami jest lepiej, ale to absolutnie nie znaczy, że jest dobrze – psychiatria w publicznej służbie zdrowia cierpi na wiele problemów z niedofinansowaniem na czele, niedofinansowaniem w czasach, kiedy odsetek osób chorych psychicznie sukcesywnie zwiększa się we wszystkich społeczeństwach. Najbardziej bolesne dla stanu zdrowia psychicznego ogółu są jednak dotkliwe stereotypy i przekłamania dotyczące różnego rodzaju chorób, które warto jest omówić na najpopularniejszej z nich, czyli depresji, by ukazać, jakiego rodzaju logikę stosują osoby deprecjonujące powagę stanu choroby psychicznej, a także jakie mity potrafią krążyć wokół tego typu chorób.

Weź się w garść

Choroby psychiczne mają to do siebie, że zazwyczaj nie odnajdują swojego odzwierciedlenia w stricte fizycznych symptomach, a przynajmniej nie takich ewidentnych, które towarzyszą na przykład przeziębieniu. Jako że większość dramatu dzieje się wyłącznie w głowie chorującego, ludziom stosunkowo łatwo jest rzucać złotymi radami, takimi jak na przykład wspomniane „weź się w garść” czy „przestań wymyślać”. Tego rodzaju myśli są rezultatem skrajnego wręcz braku empatii – oczywistym faktem jest bowiem, że ludzie są różni i nie wypada mierzyć każdego własną miarą, bo nie wszyscy odczuwają w ten sam sposób. Oczywiście trudno jest wyobrazić sobie, jak wielki ból w sercu osoby chorej psychicznie potrafią powodować prozaiczne z pozoru sytuacje z życia codziennego, a tym bardziej uświadomić sobie, że może to być ból porównywalny z tym, który zdrowe osoby odczuwają wskutek poważnych traum ze śmiercią bliskich osób na czele. Trudno jest się gniewać za zwyczajną niewiedzę, która nie jest powodowana szczególnie złymi intencjami – faktem jest jednak, że osoby posługujące się taką retoryką potrafią jedynie spotęgować problem chorego. Tego rodzaju wywodów najlepiej jest po prostu nie słuchać, ponieważ wymowna cisza potrafi czasami wyrazić więcej niż najlepiej dobrany argument, choć oczywiście można posiłkować się wskazywaniem, że osoby chore na depresję mają namacalne zmiany ścieżek neuronowych w mózgu, co prowadzi do zaburzenia procesów chemicznych w tym organie i skutkuje znacznymi spadkami nastroju.

Wstyd

Wspomniana już retoryka powoduje również absolutnie patologiczny stan, jakim jest dojmujące poczucie wstydu i winy za przeżywaną chorobę psychiczną. Tego rodzaju odczucia pojawiają się wyjątkowo łatwo i stosunkowo często, a ich rezultatem jest konsekwentne zamykanie się chorego w sobie, poczucie niezrozumienia, a przy tym przeraźliwy wręcz lęk przed sięgnięciem po pomoc, które naraz zaczyna się rozumieć jako obnażenie ze swojej słabości. Choroba psychiczna nie jest słabością, ale jest stanem, na który najczęściej nie jesteśmy w stanie samemu nic poradzić i przyznanie tego przed sobą jest fundamentem jakiejkolwiek terapii.

Choroba duszy

Pewną tendencją we współczesnej kulturze popularnej jest natomiast budowanie pewnego mitu wokół depresji, tworząc w ten sposób jej charakter jako „choroby artystów” czy „choroby duszy”. Tego rodzaju mitologia nie ma jakiegokolwiek sensu, ponieważ budowanie jej wokół depresji jest tak samo zasadne, jak budowanie jej wokół przeziębienia. Jakakolwiek dolegliwość nie jest w stanie świadczyć o charakterze człowieka, a co więcej, na „chorobę artystów” zapadają przecież nie tylko artyści, ale i ludzie, których mijamy na co dzień na chodniku idąc do pracy, bo codzienność często bywa równie wykańczająca co gorzkie filozoficzne przemyślenia. Oczywiście cały ten problem brzmi dosyć groteskowo, ale tego rodzaju fetyszyzacja depresji potrafi zbierać żniwo wśród młodzieży słuchającej chociażby smutnej muzyki, więc naprawdę należy mieć to na uwadze.

Metoda Vittoza. Terapia oparta o analizę wibracji mózgu.

5 miesięcy temu · · Możliwość komentowania Metoda Vittoza. Terapia oparta o analizę wibracji mózgu. została wyłączona

Metoda Vittoza. Terapia oparta o analizę wibracji mózgu.

Metoda Vittoza przeznaczona jest dla osób doświadczających ciągłego niepokoju, udręki, abulii (co oznacza utratę przyjemności), fobii, osób z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi lub depresyjnymi oraz osób cierpiących na zaburzenia snu. Bardziej ogólnie, jest zalecany dla osób, które chcą odzyskać kontrolę i być ze sobą.

Historia metody Vittoza.

W 1911 roku Roger Vittoz przedstawił swoją metodę w najbardziej znanym dziele „Leczenie psychonerwic przez rehabilitację kontroli mózgu”. Według niego istnieją dwa mózgi: świadomy (obiektywny) mózg i nieświadomy (subiektywny) mózg. Podczas gdy pierwszy jest zaangażowany w narodziny idei i doznań, drugi jest związany z rozumowaniem, osądem i wolą. Vittoz postuluje, że choroby nerwowe są wynikiem braku równowagi między tymi dwoma mózgami, wynikającego z dysfunkcji w kontroli mózgu.

Teoria dwóch rodzajów mózgu.

Kontrola mózgu jest zdefiniowana przez Vittoza jako wrodzona zdolność normalnych ludzi do równoważenia nieświadomego i świadomego mózgu. Dzięki temu jednostka może rozwijać swoje pomysły i doznania. W przypadku jego braku lub niestabilności mózg jednostki nie jest już regulowany, a zwykłe hamulce nie są już skuteczne. Powoduje to różnego rodzaju fobie i nerwice natręctw.

Analiza wibracji mózgu.

Jednostka nie jest już zatem w stanie rozumować i oceniać swoich wyobrażeń i doznań, ani też używać swojej woli do ingerencji w nie. Nieprawidłowe działanie w kontroli mózgu byłoby wykrywalne poprzez analizę wibracji mózgu, powolne wibracje odpowiadające spokojnemu stanowi mózgu i szybkie wibracje odpowiadające stanowi podniecenia mózgu. Gdy kontrola mózgu jest zaburzona, wibracje te nie są już regularne, a ich rytm się zmienia. Analiza pozwoli więc terapeucie na postawienie diagnozy i określenie metody leczenia.

Dla kogo przeznaczona?

Metoda Vittoza ma zatem dwa cele: modyfikację tych wibracji poprzez przywrócenie im normalnego rytmu oraz reedukację kontroli mózgu za pomocą ćwiczeń. Ćwiczenia metody Vittoza pozwolą więc pacjentowi nabyć te zdolności, których brakuje w kontroli mózgu: siłę woli, koncentrację i rozumowanie, aby odzyskać normalne funkcjonowanie.

Ataki paniki – jak sobie z nimi radzić?

5 miesięcy temu · · Możliwość komentowania Ataki paniki – jak sobie z nimi radzić? została wyłączona

Ataki paniki – jak sobie z nimi radzić?

towarzyszą one depresji dodatkowo potęgując jej objawy. Czym zatem jest atak paniki? Można go postrzegać jako natężenie wszystkich obaw w jednym momencie, które nas niejako paraliżują. Pojawiają się specyficzne symptomy takie jak derealizacja, czyli poczucie, że otaczający świat jest fikcją. Uczucie, że zaraz stanie się coś złego. Możliwy jest także chwilowy bezdech. Najczęściej ta kumulacja objawów po kilku sekundach ustępuje, jednak jej częste nawroty w ciągu dnia mogą skutecznie pogorszyć nasze funkcjonowanie. Stajemy się wrażliwi na każdą złą reakcję naszego ciała, przestajemy ufać zmysłom i włączać się w życie społeczne i rodzinne. Codzienność zamienia się w plac boju, gdzie trzeba walczyć z samym sobą. To właśnie przez taką rywalizację oraz odpowiednie leczenie można pokonać tę chorobę.

Najlepszym specjalistą do zdiagnozowania takich stanów lękowych jest lekarz psychiatra. Da on poczucie, że nasz przypadek nie jest jedyny w swoim rodzaju i można go wyleczyć. Przy regularnym zażywaniu leków oraz wsparciu psychologa czy rodziny, a co najważniejsze, własnym nastawieniu i dostosowaniu się do nowej rzeczywistości, da się ponownie wrócić do normalnego życia.

Opierając się na raporcie „Health at a Glance: Europe 2018” wykonanym przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju oraz Komisję Europejską w 2018 roku w Europie na stany lękowe cierpiało około 25 milionów Europejczyków. Z kolei w Polsce zmagało się z nimi niecałe 1,5 miliona, czyli 4% obywateli.

List pożegnalny

5 miesięcy temu · · Możliwość komentowania List pożegnalny została wyłączona

List pożegnalny

Młoda dziewczyna, której marzenia nigdy nie mogły się spełnić, pisze w pamiętniku swój ostatni przekaz dla rodziny. Pisze tam o swoim uczuciu do partnera i braku miłości w dzieciństwie. Tuż po tym odchodzi do krainy wiecznego spokoju.

'Proszę mnie nie opłakiwać… Nie dostałam takiego dzieciństwa i wychowania jakbym chciała. Czułam się niekochana. Ale na tyle ile mogę to kocham was. Nie myślcie o mnie dużo. Z Marcinem czułam się szczęśliwa. Wiem że dla niego stałam się sensem życia. Śmierć była taka jak nasze życie, kręta, z przyspieszeniami i z postojami. Był blisko mnie. Towarzyszyła nam piękna muzyka. Tylko tego chcieliśmy.

Grudzień 2019′

Pięć godzin później po zażyciu całej garści leków ze swojej apteczki umiera na nagłe zatrzymanie krążenia.

Dzięki rozwojowi psychiatrii pod okiem Ministerstwa Zdrowia możliwe będzie unikanie takich i wielu podobnych sytuacji, które dotyczą każdego roku wielu zagubionych ludzi.
Ludzie ci często nie wiedzą jak lub nie mają gdzie zwrócić się o fachową pomoc psychiatryczną.

Kwetiapina – działanie

5 miesięcy temu · · Możliwość komentowania Kwetiapina – działanie została wyłączona

Kwetiapina – działanie

Chciałbym z mojego doświadczenia ocenić i przedstawić państwu działanie atypowego, przeciwpsychotycznego leku z substancją czynną – kwetiapiną.
Pierwszy raz spotkałem się z tym lekiem 4 lata temu a więc w 2010 roku. Generalnie uważam go w połączeniu z risperidonem za najlepsze rozwiązanie w leczeniu schizofrenii. Pierwsze oznaki działania leku czuć już 20 minut po zarzyciu tabletki a głównym tego objawem jest senność. Na kwetiapinie początkowo spałem po 14 – 15 godzin na dobę. Po niedługim okresie czas ten się znacząco skrócił Po 4 tygodniach stosowania leku znacznie zmniejszyła się ilość oraz siła urojeń i całkowicie wyeliminowane zostały omamy słuchowe. Zauważalna jest również poprawa funkcji poznawczych oraz przeciwdziałanie objawom negatywnym choroby. Moja maksymalna dawka to 400mg i w zupełności wystarczyła na zapobieganie przykrym objawom chorobowym.
Kwetiapina pozytywnie wpływa na pamięć i skutecznie eliminuje apatię. Należy pamiętać, że leki stosowane w psychiatrii nadal nie są idealne i naukowcy wciąż szukają skutecznego rozwiązania na tą przykrą chorobę jaką jest schizofrenia.